Strasznie przepraszam, że ostatnio nic nie dodawałam. Mam ogromne problemy z internetem, przez co nie mogę logować się na blogspota zbyt często. Długa historia. Tak, czy siak! Zapraszam na kolejny rozdział! :)
Jeśli macie jakiekolwiek pytania, kierujcie je na mojego aska:
KLIK
_____________________________________________________________________________________________________________
-To na dzisiaj tyle. Nieźle ci idzie, Demi!
-Dziękuję
-odpowiedziałam z uśmiechem.
Odprowadziłam moją nauczycielkę pod drzwi.
-W takim razie do jutra!
-Do zobaczenia.
-znowu się uśmiechnęłam.
Wróciłam do swojego pokoju i złapałam za gitarę. Czułam się fatalnie, mimo, że wszystko się polepszyło. To dziwne. Bo przecież... moja mama zarabia. Ostatnio dostała nawet premię. W naszym domu w końcu nie ma alkoholu i przemocy. Mam Selenę i Joe. Nie słyszę żadnych pogróżek. Ale i tak czuję się do kitu. Zawaliłam wszystko. Odwaliłam jakieś przedstawienie, bo jestem słaba. Mogłam lepiej się z tym ukryć. Wytrzymać, wrócić do domu i tam się na sobie wyżyć... Ale nie, musiałam poryczeć się na scenie, a potem zadać sobie kolejne ciosy w kiblu w wytwórni. Może gdyby nie Miley, dalej mogłabym realizować swoje postanowienia... Cholerna Cyrus.
Jest środa popłudnie. Do szpitala trafiłam w niedzielę. Od tamtego dnia nie jestem w wytwórni. Od tamtego dnia mam domowe nauczanie. Od tamtego chorego dnia chodzę do psychologa. Tak go nazywają. Dla mnie ten człowiek jest psychiatrą, albo raczej psychopatą. A jego gabinet wariatkowem. Jakby nie mogli zrozumieć, że to wszystko mi pomaga... Pozwala mi uwolnić się z tej całej presji, jaką czuję. Niby chodzę do psychologa i mi pomaga, ale... To nie wystarcza. Muszę wrócić do wytwórni, teraz. Już raz pocięłam się ze smutku i tęsknoty za wytwórnią. To chore... JA jestem chora. Ale nie chcę pomocy.
Nie mogę tak dłużej.
Schowałam gitarę do pokrowca, który wczoraj kupiła mi mama, zarzuciłam na siebie płaszcz przeciwdeszczowy, trampki i wyszłam z gitarą na zewnątrz. Pójdę do wytwórni. Mam w dupie, że mama mi tego zabroniła. Nie będzie jej w domu do 20:00, a jest dopiero piętnasta. Nie skapnie się.
Fatalna pogoda. Wygląda na to, że niebo płacze razem ze mną. Tak, idę chodnikiem i płaczę. Łzy lecą mi po policzkach. Ludzie się na mnie gapią. Szczerze? Nie wiem, czemu płaczę. Może po prostu tęsknię za starym życiem. Ale to przecież jest chore... Jak mogę za nim tęsknić? Nienawidziłam go, a jednak teraz za nim tęsknię. Zaznałam w nim tyle cierpienia... może po prostu lubię cierpieć?
Drzwi wytwórni. Matko Boska, tak tęskniłam. Z niedowierzaniem ich dotknęłam i rozpłakałam się na całego. Pokochałam to miejsce w zaledwie kilka dni.
A co, jeśli Ashley nie chciała czekać i już mnie wypisała? Wrócę, i zostanę wygoniona? Chyba się wtedy zabiję... Przycisnęłam nos do tych pięknych, szklanych drzwi i patrzałam na ludzi w środku. Tyle znanych mi twarzy, zabieganych, ale uśmiechniętych, bo robią to, co kochają.
Weszłam. Przestałam płakać, ale łzy dalej ciekły mi po policzkach. Mniejsza o to. Zaraz wyschną, teraz nie to jest najważniejsze.
-Dzień dobry. Jest Ashley?
-O, Demi! Dawno cię nie było! Tęskniliśmy wszyscy
-Mary, jedna z księgowych uśmiechnęła się do mnie. Najwyraźniej nic nie wiedziała. Tym lepiej.-
Tak, jest na auli. Przynajmniej powinna być.
-Okej, dziękuję.
Ruszyłam w stronę auli, ale z każdym krokiem moje nogi stawały się coraz cięższe. Coś w głowie mówiło mi ,,
Po co tam idziesz? I tak jesteś skończona. Nawet, jeśli przez jakiś czas będziesz okłamywać matkę, prawda i tak wyjdzie na jaw. Nawet się nie łudź, że ci to ujdzie".
Złapałam za klamkę drzwi do auli. Głęboki wdech. Wchodzę.
Ten znajomy zapach... To miejsce, które zdążyłam pokochać. Czułam się, jakbym odwiedzała swojego dawno niewidzianego przyjaciela.
Na końcu auli... Mój zespół. Siedzą na schodach na scenę i stroją instrumenty. Nie byłam pewna, co zrobić, chciałam do nich podbiec i wszystkich z osobna wyściskać, ale było mi wstyd. Przez mój głupi nawyk straciliby pracę, a Niall może nawet i życie.
Aula najwyraźniej była wynajęta, bo nikogo innego naokoło nie było. Tylko chłopacy i Ashley jak zawsze notująca coś w swoim notatniku.
Stałam jak słup w drzwiach, kurczowo ściskając klamkę i ze łzami w oczach patrząc się na zespół. Nie zauważyli mnie.
Harry po nastrojeniu instrumentu zaczął grać. Znam tą piosenkę... to
Don't Forget! Nie zapomnieli o mnie! Czekają! Teraz byłam pewna, że chcę do nich podejść!!!
Somewhere we went wrong...
-zaczęłam niepewnie-
we were once so strong.
-głos mi drżał, ale szłam w stronę chłopaków coraz głośniej śpiewając. Zauważyli mnie.
So now I guess, this is where we have to stand, did you regret?
-Kierowałam te słowa do nich. Wszystkich. Oni tylko siedzieli i zszokowani gapili się na mnie. No, po za Harry'm, który dalej grał, mimo, że był tak samo zaszokowany jak reszta.
Scena jak z filmu. Wzięłam gitarę i zaczęłam grać solówkę
Don't Forget. Wpatrzona w chłopaków i Ash grałam i śpiewałam. Stałam może kilka metrów przed nimi-siedzącymi na schodach.
Somewhere we went wrong, we were once so strong...
-tak cholernie za nimi tęskniłam, ale jedyne, co byłam w stanie zrobić, to stać przed nimi, grać i śpiewać. Nie miałam tej odwagi się ruszyć. Jedyne, o co ich prosiłam to jeszcze jedna szansa na powrót.
And at last, all the pictures have been burned, all the past is just a lesson that we've learned... I won't forget, please don't forget... us.
Somewhere we went wrong...
-ręce zaczęły mi się tak trząść z tych emocji, że nie mogłam już złapać żadnego akordu na gitarze.
-Our love is like a song... But you won't sing along... You've forgotten about us.
-Nie zapomnijcie.
-skończyłam.
Znowu ta cholerna cisza. Zapłakana, z gitarą w ręku stałam przed zespołem i patrzałam się na każdego z nich z osobna. Nikt nie chciał ruszyć się w moją stronę, tylko siedzieli jakby byli z marmuru. Wiedziałam, jestem idiotką. Nie wybaczą mi. Schowałam swoją gitarę z powrotem do pokrowca. Jedynym dźwiękiem, jaki było słychać wśród tej całej ciszy był głos zapinania.
-Demi... ty...
-zaczął Nick, ale nie dokończył.
-Twoja mama wie, że tu jesteś?
-spytała sucho Ashley.
Wszystkim twarze nagle zbladły. Czułam, że atmosfera jest napięta. Znowu coś zrobiłam?!
-Nie... nie wie.
-odpowiedziałam niepewnie.
-W takim razie musisz wyjść.
-odpowiedziała
-Słucham?!
-Nie chcę ryzykować, Demi.
-Jak ryzykować?! Ja... ja już się nie tnę! Dbam o siebie! Wrócę do domu przed mamą. Przyrzekam, że to się nie wyda, a o siebie będę dbać! Ja... proszę!
-rzuciłam się na kolana wraz z gitarą na plecach-
Proszę o jedną, jedyną szansę! Błagam!
-zachowywałam się jak wariatka, ale mi naprawdę bardzo zależało, żeby tu zostać.
-Nawet nie wiecie, ile to dla mnie znaczy! Ashley! Mówiłaś, że będę tu mimo wszystko, że... Że jestem wspaniała i doprowadzisz mnie na szczyt, no, Ash... Ja... ugh, nie wiem, jak was dalej przekonywać... Nie mam siły.
-Spuściłam głowę. Serio nie miałam pomysłów, jak ich przekonać.
-Ej, wstawaj.
-usłyszałam kogoś nade mną. Harry. Stał i podawał mi rękę. Złapałam go za dłoń i podniosłam się z ziemi.
-No nie wiem, Demi... zależy mi na tobie...
-zaczęła niepewnie Ashley
-Skoro ci zależy to daj mi tą szansę! Nie możemy tego wszystkiego zaprzepaścić! Przysięgam, ja się już nie tnę! Naprawdę!
-skłamałam.
Tak naprawdę dalej się samookaleczałam. Tym razem jednak nie na nadgarstku, ale w miejscach, w których nie widać blizn, np na udach.
-Trzymam cię za słowo.
-skończyła
-Więc?
-Idźcie pod studio, musimy się streszczać. Zaraz wam otworze.
-Odparła Ashley, chowając notatnik i udając się w stronę wyjścia z auli.
Czekałam na kolejny rozdział i jest świetny ♥ Uwielbiam Twoje opowiadania ♥ :)
OdpowiedzUsuń