Poszłam do mojego pokoju. Odłożyłam gitarę, spakowałam książki na jutro do szkoły, przebrałam się i umyłam i upadłam na swoje łóżko. Leżałam i patrząc się w sufit myślałam. Wyobrażałam sobie mnie stojącą na scenie i śpiewającą dla tłumu zebranych osób, które śpiewają ze mną, albo klaszczą w rytm. Razem przeżywamy jedną chwilę, ja śpiewam, oni słuchają mojego głosu i zapominają o wszystkich przykrościach codziennego życia. Słyszę okrzyki
,,De-mi! De-mi! De-mi!" wykrzykiwane przez wiwatujący tłum. Za kulisami stoi uśmiechnięta mama, mocno trzymająca za mnie kciuki... Zajęło kilka minut, aż zasnęłam na dobre.
Kolejny dzień, środa, 6:20. Obudziłam się, usiadłam na łóżku i mimowolnie się uśmiechnęłam. Słońce pięknie świeciło, co prawda, prosto w oczy, ale to się nie liczyło. Ważne, że świeciło i dawało uczucie bezpieczeństwa i radości. Spojrzałam na gitarę i przypomniały mi się wszystkie wczorajsze chwile. Nie ma co, wczorajszy dzień był przepełniony emocjami. Wtedy przypomniała mi się Selena. Bardzo mnie intrygowała, z jednej strony ma świetne ciuchy, dużo znajomych i chłopaków na wyciągnięcie ręki, a jednak ciągle wydaje się nieszczęśliwa. Będę musiała dzisiaj z nią porozmawiać. Wstałam i zaczęłam się ubierać. Spojrzałam na nadgarstek. Nie był już taki czerwony, jak kiedyś. Większość ran już się zagoiła, mimo, że blizny zostały. Nie dziwne, ostatnio mam inne rzeczy na głowie, nić cięcie się. Mojego ojca nie ma w domu, więc nie ma awantur. Mam już koleżankę w szkole, no i w końcu wiem, co będę robić w przyszłości. Śpiewać! Tyle ostatnio się wydarzyło, że po prostu nie miałam miejsca i czasu na smutek. Tak, czy siak, myśl o tym, że ktoś dowie się o moich ranach na rękach przeraziła mnie i postanowiłam na wszelki wypadek zakryć je kolorowymi bransoletkami, które zbierałam od lat. Na mojej twarzy już nie było siniaków tak, jak wcześniej. Moja twarz była czysta, no, oprócz jednego małego pryszcza na czole, ale to dało się przeżyć. Włosy związałam w kok. Ubrałam luźną szarą bluzę i czarne jeansowe rurki. Byłam już właściwie gotowa, jeszcze tylko się umyłam i mogłam iść. Nie chciałam jeść śniadania, ostatnio chyba zbyt dużo przytyłam... No więc założyłam trampki i wyleciałam z domu. Było ciepło, okropnie ciepło. Pogoda była przecudowna, ptaki śpiewały, wszyscy naokoło się uśmiechali, nawet mój plecak nie był aż taki ciężki. Do szkoły szło się jakoś tak łatwiej, przyjemniej i szybciej, szczególnie z tą myślą, że nie jestem tam sama. Czeka tam na mnie Selena, Miley już nie będzie na mnie nalatywać, bo nie ma swojej psiapsióły. W domu dostanę gorący obiad, który ugotuje mi sama mama. Moi rodzice już nie będą się więcej kłócić. Czy może być lepiej? Cóż, może... gdyby Joe zwrócił na mnie uwagę, byłabym w siódmym niebie, ale to chyba są tylko marzenia. Kurczę, tak bardzo chciałabym, aby nasze relacje były znów takie dobre, jak kila lat temu. Wtedy mogliśmy sobie o wszystkim powiedzieć, każdą tajemnicę, każdy nawet największy sekret. A teraz on zachowuje się zupełnie, jakby mnie nie znał. Nawet się na mnie nie spojrzy, nawet nie powie ,,Cześć''. To okropnie boli...
Doszłam do szkoły i biegnąc po schodach dotarłam do klasy. W drzwiach już czekała na mnie Selena. Kiedy tylko do niej podeszłam, przytuliłyśmy się na przywitanie. Naprawdę dziwne uczucie...
-Co tam?
-spytała zaciekawiona Sel.
-Dobrze! Ale, Sel! Nie zmieniaj tematu, dzisiaj miałaś opowiedzieć, jak tam twoje spotkanie z Justinem!
-odparłam, jak najszybciej zmieniając temat.
Nie miałam zamiaru mówić o dzisiejszym castingu w wytwórni, bo jeszcze nic nie było pewne. Selena na chwilę się zarumieniła i zaczęła opowiadać dopiero, kiedy już usiadłyśmy obok siebie w ławce.
-No więc... Spotkaliśmy się w tej kawiarence, wiesz której, mówiłam ci. Tam dużo rozmawialiśmy... no i okazało się, że dużo nas łączy! Tak rozmawialiśmy i rozmawialiśmy i nawet się nie zorientowałam, kiedy złapał mnie za rękę...
-Selena dostała jeszcze większych rumieńców, natomiast ja z szerokim uśmiechem podpierając brodę ręką dokładnie słuchałam.
-Wyszliśmy z kawiarni chyba po półtorej godziny, idąc za rękę on odprowadził mnie do domu. Tam się pożegnaliśmy.
-skończyła.
-Tylko? A gdzie buziak?!
-Spytałam się udając zbulwersowaną, co jednak mi nie wyszło i zaczęłam się głośno śmiać.
-Demi!
-Selena również zaczęła się śmiać.
-Wszystko w swoim czasie!
-powiedziała przez śmiech.
-Chwila, a tobie podoba się ten Joe, tak?
-Spytała się, powodując, że tym razem to ja się zarumieniłam.
-No... od pewnego czasu tak. Znaliśmy się od dziecka, ale niedawno nasze relacje się pogorszyły...
-wyburczałam.
-A wiesz, że Justin i on się kumplują? Jestem umówiona z Jus na następnej przerwie, co ty na to, abyśmy spotkali się w czwórkę, razem z Joe?!
-spytała Selena z ekscytacją.
Zaniemówiłam, z jednej strony chciałam się spotkać z Joe, ale z drugiej strony... on pewnie weźmie mnie za wariatkę...
-Jasne!
-odpowiedziałam, chociaż miałam na myśli zupełnie inne słowo.
-To świetnie!
-Selena szeroko się uśmiechnęła i zaczęła wyjmować książki z plecaka.
Ja również wypakowałam podręczniki i piórnik, a mój wzrok mimowolnie przeniósł się na Miley. Widać było, że była zdenerwowana, ale jej brwi co chwila marszczyły się, jakby miała się rozpłakać. Rzucała krótkie spojrzenia to na Sel, to na mnie, ale kiedy skapnęła się, że na nią patrzę, szybko odwróciła wzrok. Była wyraźnie zdenerwowana tym, że przez swoje zachowanie straciła przyjaciółkę, która teraz przyjaźni się z jej wrogiem. W końcu wiedziała, jak to jest nie mieć przyjaciół. Dobrze jej tak. Do klasy weszła pani Green i rozpoczęła lekcję matematyki. Z Seleną w ogóle nie zwracałyśmy uwagi, na to, co papla, tylko całą lekcję pisałyśmy karteczki. Planowałyśmy już nasze podwójne randki... Na chwilę poczułam się zupełnie, jakbym już była dziewczyną Joe, chociaż to i tak nigdy nie nastąpi, bo on ma mnie gdzieś. Nawet nie zwraca na mnie uwagi. Zadzwonił dzwonek i wyrwał mnie z moich marzeń. Nagle przypomniałam sobie, że na tej przerwie Selena jest umówiona z Justinem, a zarazem i ja z Joe! Na tą myśl okropnie rozbolał mnie brzuch. Przeraziłam się, że wyjdę na wariatkę, że zbytnio się narzucam, że Joe nie będzie chciał ze mną rozmawiać...
-Demi? Co jest???
-spytała Selena widząc, że patrząc się w przestrzeń mocno ściskałam brzuch.
-Deeeemiiii?
-powtórzyła, lekko szturchając mnie w ramie.
Ocknęłam się dopiero po kilku sekundach
-Nie, nic...
-zaczęłam się pakować.
-To jak, idziemy? Jus już pewnie czeka.
-odparła Selena wstając z krzesła i stając przede mną.
-Tak, tak, już.
-spakowałam książki i razem z Seleną wyszłyśmy z klasy i zmierzałyśmy w stronę parapetu, przy którym Sel i Jus się umówili.
Moje ręce były jak z lodu a serce zaczęło bić coraz mocniej. Z jednej strony chciałam tam iść, a z drugiej strony chciałabym zapaść się pod ziemię.
-Hej, Sel!
-usłyszałam znajomy głos. To Justin, witający się z Seleną mocno ją przytulając.
-Cześć, Jus! To jest Demi
-wskazała na mnie-
A to Justin
-wskazała na J.
-Hej!
-przywitał się Justin
-Siemka.
-podaliśmy sobie dłonie.
Bieber chyba nie był zbyt zadowolony ze spotkania ze mną. Byłam przecież szkolną pokraką. Mimo szerokiego uśmiechu, widziałam w jego oczach, że chciałby już skończyć 'rozmowę' ze mną. Cóż, przyzwyczaiłam się.
-Justin... znasz takiego jednego Joe Jonasa, prawda?
-zaczęła Selena
-Tak... chodzimy razem do klasy. Ale dlaczego pytasz?
-Demi to jego bliska przyjaciółka, ale ostatnio ich relacje się osłabiły... Wiesz może, gdzie jest?
-Selena w wielkim skrócie przedstawiła całą sytuację, byłam jej za to okropnie wdzięczna.
-JUSTIN!!!
-usłyszałam wrzask z drugiej strony szkolego hallu.
Głos ten był mi bardzo znajomy i bliski... Obejrzałam się. Kogo zauważyłam? JOE! To Joe, biegnie w naszą stronę i drze się jak małe dziecko, zupełnie jak za starych dobrych czasów.
-Hm... oto i on!
-powiedział Justin.
-Justin, stary... skumaj to... Dostałem 5 z matmy! Nie wierzę, apokalipsa!
-powiedział, a tak właściwie wysapał Joe, kiedy dobiegł do Justina.
-Hej... Joe.
-wybąkałam, chcąc zwrócić jego uwagę na siebie.
Głośno oddychając spojrzał się na mnie i poprawił spadającą mu na czoło grzywkę, żeby lepiej mnie zobaczyć.
-O, hej, Demi...
-był wyraźnie zdziwiony moim widokiem.
Nie dziwiłam mu się, zazwyczaj bardzo rzadko chodziłam po hallu szkolnym. Zapadło kilka sekund uporczywego milczenia. Najdłuższe kilka sekund mojego życia.
-No więc... dostałeś 5 z matmy? No nieźle...
-lekko się uśmiechnęłam, patrząc Joe prosto w oczy.
-Ta... chyba pierwsza w moim życiu. Gdyby nie moja genialna zgapa, dostałbym pałę
-wyciągnął małą karteczkę z kieszeni swoich jeansów.
Nie wierzyłam, że naprawdę z nim rozmawiałam! Czułam, że nasza przyjaźń nie rozpadła się na stałe i dalej dobrze się dogadujemy.
-Udało ci się zgapić u tej wrednej Steward? Podziwiam Cię!
-powiedziałam chicho hichocząć.
-To wy się znacie?
-nagle wypalił zdziwiony Justin, najwyraźniej zupełnie zapominając o historii, którą opowiedziała mu Sel.
-Tak... od urodzenia.
-powiedział Joe, co bardzo mnie ucieszyło.
Nie wstydził się mnie!
-Dobra, Jus, chodź, musisz pomóc odrobić mi zadanie domowe z geografii, słyszałam, że jesteś w tym dobry.
-powiedziała Selena ciągnąc Justina za rękę w stronę schodów i uśmiechając się puściła nam oko.
-Do zobaczenia w klasie, Demi!
-Na razie!
-pożegnałyśmy się.
Poczułam się naprawdę nieswojo. Byłam sam na sam z Joe. Staliśmy i patrzeliśmy się na siebie, jakbyśmy stracili języki.
-Joe, a pamiętasz... Jak kiedyś budowaliśmy domek na drzewie obok domu tej zrzędy Wood?
-spytałam.
-Jasne, że pamiętam! Zawsze stawała pod nim i groziła nam, że jeśli nie zburzymy go, potraktuje nas swoją kotką.
-Obydwoje zaczęliśmy się śmiać.
Wizja pani Wood drącej się na nas była taka zabawna, że nie można było powstrzymać się od śmiechu.
-Haha, a wiesz, że ten domek dalej tam jest? Co prawda już trochę rozwalony, ale jest. Widziałnm go tydzień temu idąc na spacer. Słyszałam, że pani Wood już tam nie mieszka a dom stoi pusty. Tak właściwie, została z niego rudera.
-odparłam.
-Naprawdę? Kurczę, szkoda... tyle wspomnień. Demi...
-jego głos się urwał-
A może odnowimy go? To znaczy... Pamiętam, że zostało tam trochę naszych rzeczy no i moglibyśmy w końcu je wziąć... Pasuje ci?
-zapytał.
Byłam wprost WNIEBOWZIĘTA! Joe, SAM JOE JONAS zaproponował mi wspólne wyjście! Chciałam skakać, piszczeć, robić cokolwiek, aby okazać swoją radość.
-Tak, jasne! Tylko... nie dzisiaj. Może jutro?
-nagle przypomniałam sobie, że przecież dzisiaj idę do wytwórni.
-Świetnie!
-Joe lekko się uśmiechnął(MATKO, JAKI ON MA SŁODKI UŚMIECH!!!). Zadzwonił dzwonek, pomachałam mu i zmykałam pod klasę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz